RSS
wtorek, 01 grudnia 2009
Wszyscy szczęśliwi po Gran Derbi

Real i Barca, Barca i Real. Ying i Yang, awers i rewers, noc i dzień, biel i czerń. Kluby żyjące w unikalnej na skalę światową symbiozie. Kluby, które definiują się nawzajem.

Ale także kluby, żyjące w przedziwnej relacji. Relację tą można określić jako kryzysowe sprzężenie zwrotne. Gdy jedno idzie w górę, drugie idzie w dół. Ciężko, żeby było inaczej, gdy oba kluby praktycznie dzielą miedzy sobą mistrzostwa Hiszpanii. Drugie miejsce to zawsze porażka.

Sukces jednego to zawsze kryzys drugiego. Jeśli jedno gra coraz lepiej, to drugie gra coraz gorzej. Kiedy u jednych właśnie na krzywej wznoszącej jest nowy zwycięski skład, wtedy u drugich na krzywej opadającej jest skład już zgranych mistrzów. Tak następowały po sobie ery Dream Teamu, Realu Valdano i Capello, Barcy van Gaala, Galacticos, Barcy Rijkaarda i Ronaldinho, Realu CapelloSchustera a w zeszłym sezonie znowu w górę szła Barca Guardioli, a Real w dół. Dwie sinusoidy, z których gdy jednak osiąga maximum, druga sięga minimum.

Logika wydawała się nieubłagana – nastał czas Barcelony. Cóż można było uczynić by się wyrwać z tego zaklętego kręgu? Musiało to być coś spektakularnego, coś szalonego, co dotąd nie miało jeszcze miejsca. Perez jak na biznesmena przystało nie wysilał się zbytnio i stwierdził, że efekt taki dać może tylko jedno – wydanie absolutnie bezprecedensowej ilości pieniędzy…

I faktycznie. W tym sezonie zaklęty krąg został przerwany. Na fali jest i Barca, i Real, rzecz praktycznie bez precedensu w ostatnich latach.

Barca jest ciągle niesiona ogromem sukcesu z poprzedniego sezonu. Ktoś powie, że już aż tak nie dominuje. Że tacy bohaterowie ostatniego sezonu jak Messi, Iniesta, Xavi czy Toure obniżyli nieco loty. Tak, to prawda. Ale teraz Barca jest też mądrzejsza. To już nie jest może ta sama drużyna niesiona entuzjazmem, ciesząca się swoją na nowo odkrytą potęgą, gotowa prowadząc czterema bramkami do przerwy po niej rzucić się na rywala z jeszcze spotęgowaną pasją. Teraz ta drużyna dojrzała. Wie, że musi rozłożyć siły na cały długi i ciężki sezon. Że za 1:0 punktów jest dokładnie tyle samo, co za 6:2. Że czasem warto uważniej zagrać z tyłu, wtedy nie trzeba będzie liczyć na wysoką skuteczność napastników. Że dobrze wyćwiczone schematy rzutów rożnych mogą pozwolić wygrać, gdy inne rozwiązania okażą się nieskuteczne. I nawet jeśli gra Barcelony jest nieco mniej efektowna (ale przecież wciąż hipnotyzująca i urzekająca! Jakież niebotyczne standardy sobie Barca wyznaczyła zeszłym sezonem…) niż rok temu, to rezultaty są co najmniej tak samo dobre. Małe perturbacje wywołał Rubin Kazań w Lidze Mistrzów, poza tym jednak Barcelona wygrywa każdy ważny mecz. Wygrała Superpuchar Europy i Hiszpanii, z 12 pierwszych meczy wygrała 9, zremisowała 3. Wygrała prestiżowy dwumecz z Interem i przedwczoraj El Clasico z Realem. Jeśli bohaterowie zeszłego sezonu są nieco zmęczeni, ciężar gry gotowi są przyjąć tacy zawodnicy jak Keita i Pedro, w zeszłym sezonie pozostający w cieniu kolegów.

No i w końcu jest plan B. Plan B nazywa się Ibrahimovic i wydaje się mieć ogromne szanse na zostanie mega gwiazdą drużyny na równych prawach jak Messi. Wnosi do gry dodatkowy polot, nowe pomysły, nowe możliwości. Stanowi w końcu sensowny cel dla dośrodkowań Alvesa czy Xaviego.

Real natomiast wyniki uzyskiwał dotąd niegorsze. Ale nie mógł korzystać z takiego kredytu zaufania, jakim obdarzana jest Barcelona. Każde niepewne zwycięstwo natychmiast znajdowało się pod lupą i szukano w nim przesłanek, świadczącym o niechybnym upadku projektu Pereza. Bo przecież „zwycięstw nie da się kupić”, „pieniądze nie grają”, „w piłce liczy się coś więcej niż tylko pieniądze”. Wszystko to prawda. Ale z tymi pieniędzmi jest jednak dużo łatwiej. Tak jak łatwiej jest mając w składzie Cristiano Ronaldo, Kakę czy Xabiego Alonso. Być może nawet czasem Realowi było zbyt łatwo.

Większość przeciwników dotychczas Real był w stanie odprawić nie wysilając się zbytnio. Wystarczała sama klasa piłkarzy. Trudno oczekiwać zdyscyplinowanego realizowania założeń taktycznych, gdy widać, że sami indywidualnymi błyskami da się wygrać większość meczów. Niewiele miał też okazji Pellegrini by faktycznie sprawdzić swoje założenia taktyczne w boju. Real wygrywał bez względu na to czy taktyka była dobra, czy zła. Z wyjątkiem jednakże tych najbardziej prestiżowych starć, jak te z Sevillą czy z Milanem. Dopiero w starciu z największymi miał okazję Pellegrini faktycznie zweryfikować zasadność swoich koncepcji. Ustalanie odpowiedniej taktyki szło powoli, ale po wczorajszym meczu widać, że Pellegrini idzie w dobrym kierunku. I z grą Realu powinno być tylko lepiej.

Pellegrini w końcu dotarł do wydawałoby się oczywistego ustawienia dla Realu. 4-5-1 układa się niemal samo, Pepe z Albiolem przed Casillasem, Arbeloa z Ramosem po bokach, dwójka pivotów w postaci Xabiego i Lassa, przed nimi jako mediapunta Kaka, na jednym ze skrzydeł Ronaldo. Na drugim Marcelo lub Higuain, w ataku Higuain/Benzema, być może Ruud. Gra nastawiona na szybkie kontry. Akcje kończone po góra 4-5 podaniach. Dynamika, szybkość, precyzja. Od przedwczorajszego meczu to wszystko wydaje się być jasne jak słońce. Przedwczoraj po raz pierwszy Real sprawiał wrażenie, że wie jak ma grać, że ma swój styl, że w grze piłkarzy galaktycznej drużyny jest sens. Jedyne czego wczoraj brakowało to goli, ale poprawę stylu gry odczuli wszyscy. Real stworzył więcej groźnych sytuacji, w pierwszej połowie wcale nie ograniczajał się do murowania bramki ale podjął równorzędną walkę – rzecz na Camp Nou widziana tak rzadko jak niedokładne podanie Xaviego.

Tajemnicy coraz lepszej formy szukałbym w jeszcze jednym aspekcie – będą w pełni świadom, że narażam się na święte oburzenie kibiców Blancos. Niestety, na dzień dzisiejszy im dalej od składu są Raul i Guti, tym dla drużyny lepiej. Raul to już nie jest zawodnik, który może pociągnąć zespół, który dawałby coś ekstra drużynie mierzącej w zwycięstwo w La Liga i Lidze Mistrzów. Jego chwała już minęła, ale ciężko też powiedzieć, żeby jego obecność na boisku specjalnie wpływała na jego kolegów z zespołu. Tacy zawodnicy jak Cristiano Ronaldo tak naprawdę z boiska już nie pamiętają wielkiego Raula. Szacunek, owszem, trzeba okazać, jak nie przymierzając weteranom Powstania Warszawskiego, ale ciężko oczekiwać, że Raul będzie w takiej formie inspirował nowych piłkarzy. A sam fakt bycia Raulem nie czyni z niego od razu lidera.  Szczególnie, że cierpliwie czeka na swoją kolej kapitan reprezentacji Hiszpanii – Casillas. O ile może też nie jest dominującym charakterem, tak jak i nie był nim Raul, tak jego postawie nigdy nie można było nic zarzucić, a jego forma ciągle często jest inspiracją dla kolegów.

Oczywiście Real ostatecznie mecz z Barceloną przegrał. Ale dzięki dobrym wcześniejszym rezultatom jest tylko dwa punkty w tabeli za Barceloną. Jak na razie Real punkty tracił tylko tam gdzie można było sobie na to pozwolić. Każda drużyna w La Liga musi kalkulować stratę punktów na Sanchez Pizjuan i Camp Nou. Remis na wyjeździe z rewelacją sezonu – Sportingiem Gijon – też ujmy nie przynosi.

A odtąd Real może grać tylko lepiej. Jeśli nie straci dystansu w najbliższym czasie, w późniejszej części sezonu będzie łatwiej. W tej rundzie wszystkie ciężki mecze Real gra na wyjeździe. Na razie wygrał z Villareal i Atletico. Przegrał z Sevillą i Barceloną. Ale w drugiej rundzie wszystkie te mecze zagra u siebie. A jak poradzi sobie Barcelona z wyjazdami na El Madrigal i Vicente Calderon (żółta łódź podwodna w końcu się przecież odrodzi, a i Atletico ma szansę pod Quique Floresem zacząć sezon od nowa) nie wspominając o Sanchez Pizjuan i Santiago Bernabeu? Do tego dojdzie Barcelonie bagaż w postaci męczących Klubowych Mistrzostw Świata (tym razem na szczęście nie w Japonii a w Zjednoczonych Emiratach Arabskich) oraz meczów w Copa del Rey. Ciężko Realowi było przełknąć kompromitację z Alcorcon, ale to może by swoiste blessing in disguise, jak mawiają Anglicy. Znaczenie Copa del Rey dla Barcy i Realu ma co najwyżej jako dodatkowa perła w potrójnej koronie, bo samodzielne znaczenie ma znikome. A dzięki szybkiemu pożegnaniu się z pucharem Real zachowa siły na te rozgrywki, które faktycznie się liczą. Copa del Rey i KMŚ to dobre kilka tygodnii, w których gdy Real będzie grał jeden mecz, a przez resztę tygodnia się regenerował, to Barcelona będzie grała bez przerwy co trzy dni.

Czy w takim razie Barcelona powinna się martwić? Formą Realu – być może, ale swoją – na pewno nie. Wczoraj dała popis znakomitej gry w defensywie, Pique i Puyol potwierdzili, że tworzą najlepszą parę środkowych obrońców jakich miała Barcelona od wielu lat, sam Pique urasta do rangi jednego z najlepszych środkowych obrońców (i to już w wieku 22 lat! jak na obrońcę to przecież jeszcze żółtodziób). Valdes gra najlepszy sezon w karierze i bez wątpienia to jemu należy się pozycja golkipera nr 3 w reprezentacji bardziej niż Diego Lopezowi. Alves cały czas się rozwija i o ile ciężko, żeby był jeszcze lepszy w ofensywie, o tyle nie można nie zauważyć jego coraz lepszej gry defensywnej. No i Zlatan swoją postawą postawił najlepszy komentarz do popularnej tezy, jakoby nie potrafił grać w dużych meczach. Owszem, potrafi, nawet w tym największym z klubowych meczów.

A wszystko to przy wracających po kontuzji Messim i Ibrahimovicu. Jeśli szukać powodów do zmartwień, to wskazać można na dyspozycję Henry’ego. Jego czas w Barcelonie i wielkiej piłce wydaje się dobiegać końca szybciej, niż się zdawało.

I tak oto mamy nasz paradoks. Real przegrał, Barcelona wygrała – ale na ten moment wszyscy są zadowoleni. Na fali wznoszącej jest i Real, i Barca. To zapowiada pasjonującą walkę do ostatniego meczu. Czy tym ostatnim będzie spotkanie na Santiago Bernabeu? Niewykluczone.

środa, 14 października 2009
Pan na Camp Nou

Końca dobiega druga a zarazem ostatnia kadencja Joana Laporty na stanowisku prezydenta klubu. Za nami ostatnie już letnie okno transferowe z udziałem Laporty i za pewne ostatni już jego spektakularny transfer.

Można więc się już pokusić o podsumowanie jego prezydentury. A gdyby tak… podsumować ją jednym słowem? Moja odpowiedź brzmiałaby: asekuranctwo.

 

Zacznijmy od tego, że Laporta jest rzadkim przykładem prawnika pośród sterników wielkich klubów. Nie jest to fakt bez znaczenia. Większość prezydentów klubów to odnoszący sukces biznesmeni (Moratti, Berlusconi, Perez, Roig) z ich wszystkimi wadami i zaletami. Prawnik to jednak postać z innej gliny ulepiona. Racjonalni do boju, nie lubią zaprzątać sobie głowy mrzonkami, z rzadka bywają wielkimi wizjonerami, nie lubią podejmować zbytniego ryzyka. I te cechy charakteru odbiły się na stylu prezydentury Laporty. Na plus i na minus.

Laporta najwyraźniej jako cel postawił sobie bycie tak racjonalnym prezydentem jak tylko się da. Nie oczekiwał natychmiastowego sukcesu, mierzył siły na zamiary, wiedział, że tylko cierpliwością odbuduje klub pogrążony w wywołanym przez Gasparta kryzysie.

 

Znakiem firmowym miały zostać udane transfery, które przez dwa pierwsze sezony całkowicie odmieniły zespół. Ciężko powiedzieć by te transfery wynikały z geniuszu i znajomości piłki przez Laportę (i Rosella o czym później). Były one do bólu… no właśnie – racjonalne. Ronaldinho był tuż po przełomowych dla siebie MŚ w Korei i Japonii, ale ciągle był zawodnikiem PSG a w związku z tym był do kupienia za relatywnie niewielką kasę. Nie był jeszcze ani medialny, ani specjalnie znany szerokiej publice – na pewno nie mógł w tym momencie uchodzić za odpowiednika „galaktycznych transferów”. Jego potencjał czysto sportowy nie budził już jednak dla nikogo wątpliwości.

Tym tropem dokonywano kolejnych transferów. Piłkarze wybijający się w klubach o niższym statucie, o niekwestionowanych umiejętnościach, ale jeszcze o parę kroków do zostanie wielką gwiazdą piłki nożnej. Tymi tropami dokonywano transferów Eto, Deco, Giuly’ego, Edmilsona czy van Bommela. To były stosunkowo bezpieczne transfery – kolejny przejaw asekuracyjności Laporty?

 

Odważne decyzje transferowe to dopiero kampania o pozyskanie Henry’ego, ale tę fanaberię Laporta zrównoważył sobie trzema ultra-racjonalnymi transferami Abidala, Milito i Toure. Zresztą typowymi transferami Laporty – wysokiej klasy zawodnicy ale za wysoką sumę (wyjątek: Toure). Z rzadka tylko Laporcie trafiał się dobry transfer za niewygórowaną kwotę, a właściwie tylko dwa – Pique i Toure.

 

Podobną racjonalno-asekurancką taktykę Laporta przyjął odnośnie trenerów. Rijkaard miał aż dwa pełne sezony by odbudować zespół nieustannie się od zwycięstwa w Paryżu pogrążający – luksus, który szansę zaznać mają tylko nieliczni. Ale też i Rijkaard długo był popularny –  w końcu zdobył upragniony, drugi w historii klubu, Puchar Europy. Miał charyzmę, sympatię piłkarzy i kibiców. Laporta podjął decyzję o zwolnieniu go dopiero, kiedy Camp Nou się od Rijkaarda ostatecznie odwróciło. Czy Laporta chciał się go pozbyć wcześniej, ale bał się reakcji socios, ciągle stojących murem za Rijkaardem? A może chciał jeszcze dać mu czas, ale z kolei po porażce z Realem 4:1 bał się już gniewu kibiców? Jedno czy drugie – znowu wychodzi asekuranctwo Laporty.

Kolejnym testem dla Laporty była decyzja o wybraniu następcy Rijkaarda. Asekuranctwo asekuranctwem, ale tu ujawnia się też inna strona charakteru Laporty – pragnienie władzy. Dlatego Laporta (w czym podobny jest do swojego wielkiego adwersarza – Pereza) bał się postawienia na wielkie trenerskie nazwiska. Takie, które mają prawo żądać wpływu na podejmowane decyzje. Żeby zrekompensować kibicom brak uznanego nazwiska, grzebał wśród były graczy cieszących się dużym szacunkiem. Laudrup, Blanc, pewnie najmocniejszym kandydatem byłbym Koeman gdyby nie to, że właśnie się skompromitował w Valencii (dzięki Ci Panie Boże żeś nas od niego uchronił…). Ostatecznie, z błogosławieństwem Cruyffa, postawiła na absolutnego idola Camp Nou, trenera Barcelony B z którą akurat awansował do Segunda BGuardiolę. Wiedział, że o taki wybór nikt nie może mieć do niego pretensji. Nie przypadkiem wspominam tutaj innego idola ludu – Cruyffa. Laporta posłusznie i z uwagą słuchał słów holenderskiej szarej eminencji Camp Nou. Wiedział, że konflikt z Cruyffem to dla każdego prezydenta Barcelony duży problem. A że z natury jest racjonalny i asekurancki, to z szacunkiem odnosił się do każdej opinii boskiego Johana.

 

To nas doprowadza do ostatniego okna transferowego. Jak z asekuranctwem i racjonalnością Laporty pogodzić wymianę Eto i 40 mln euro na Ibrę? Ta transakcja żadną miarą nie była ani racjonalna, ani asekurancka. Odważny ruch, który mógł okazać się tylko albo absolutnym sukcesem, albo absolutną klapą. Transfer zupełnie nie w duchu Laporty.

Bo to i nie był jego transfer. To był transfer Guardioli. Guardiola po ostatnim sezonie ma już status półboga (pół?) na Camp Nou. Laporta pewnie wolałbym kosmetyczne zmiany przy zachowaniu trzonu zespołu, tak jak było po ostatnim zdobyciu Pucharu Europy. A już na pewno chciałby pozostania Eto – z którym zawsze był blisko związany. Ale Guardiola postawił sprawę jasno – stwierdził, że chce się pozbyć Kameruńczyka. Laporta zagrał więc na alibi – spełnił zachcianki Pepa w postaci transferu Ibrahimovica i Czygryńskiego bez szemrania. Warto tutaj dodać, że dotychczas trenerzy w kwestii transferów mieli głos co najwyżej doradczy. Rijkaard podawał tylko pozycje wymagające wzmocnienia. Tymczasem Guardiola podaje nazwiska – i je otrzymuje. Bez względu na cenę. Ale w domyśle Laporta chciał nam przekazać, że to Pep bierze za nie odpowiedzialność. Jak i za postawę zespołu w nowym sezonie. Co prawda Pep chciał więcej zawodników – przynajmniej jeszcze pomocnika, ale koszty spełnienia jego dwóch zachcianek były takie, że już o więcej prosić nie mógł. Była to kolejna asekurancka zagrywka Laporty, kolejne przerzucenie odpowiedzialności.

 

Tak więc oto mamy prezydenta technokratę - asekuranckiego, przewidywalnego, bojącego się odpowiedzialności, a z drugiej strony żądnego władzy i popularności.

Najlepszego w historii klubu.

 

Bo kluby piłkarskie lubią stabilność i przewidywalność. Lubią ciągłość, a nie lubią drastycznych decyzji. Lubią prezydentów, którzy delegują decyzję na osoby naprawdę znające się na danych kwestiach. Wizjonerstwo i bogata wyobraźnia prezydenta to nie zawsze dla klubu pożądane cechy. Laporta przede wszystkim potrafił się otaczać odpowiednimi ludźmi. Takimi jak chyba najmocniejszy kandydat na przyszłego prezydenta klubu – Sandro Rosell. Co prawda konflikt sprawił, że tylko dwa lata trwała współpraca, ale przez te dwa lata Rosell do spółki z Laportą przebudowali kompletnie drużynę.

Klub zostawia jako trzeci najbogatszy na świecie, z mocną kadrą, świetnie zorganizowanym szkoleniem młodzieży, najbardziej utalentowanym trenerem młodego pokolenia. Oby jego następca nie roztrwonił tego dziedzictwa.

 

poniedziałek, 05 października 2009
In Sevilla we trust

Czy można sobie wyobrazić nudniejszy scenariusz dla La Liga niż rywalizacja Realu i Barcelony z resztą stawki zostawioną daleko z tyłu? Cóż, zapewne zależy to od tego, czy odpowiedzi będzie udzielał fan Królewskich lub Dumy Katalonii, czy też kibic któregoś z pozostałych 18 zespołów La Liga.

Dziennikarze ten sezon sprowadzili do rywalizacji Realu i Barcelony jeszcze zanim się on na dobre rozpoczął, zakładając, że reszta ligi będzie tylko tłem. Ciekawe, że robią to praktycznie przed każdym kolejnym sezonem La Liga, a ostatecznie naprawdę rzadko walka o tytuł mistrza Hiszpanii jest wyłącznie dwubiegunowa. A przecież Barcelona w tym dziesięcioleciu zdobyła tylko o jeden tytuł więcej niż Valencia. Ostatni sezon faktycznie był rozgrywką między Realem a Barceloną, ale w sezonie 2007/08 Villareal zakończył z dorobkiem o 10 pkt większym niż Barcelona! Sezon wcześniej przeszedł do historii jako ten, w którym Barcelona i Real zakończyły sezon z równą ilością punktów, ale drużyną sezonu była Sevilla. Grała najrówniej, najlepiej ale zmarnowała wiele okazji by objąć prowadzenie w tabeli i ostatecznie skończyła 5 pkt za Barcą i Realem. Sezon wcześniej Sevillę na piątym miejscu od Realu na drugim dzieliły zaledwie dwa punkty. Dwa sezony wcześniej mistrzem była Valencia.

Skąd więc pewność, że ten sezon miał być jedynie rozgrywką między Realem a Barcą? Przecież Villareal, Atletico, Valencia i Sevilla wszystkie w swoich składach mają zawodników klasy światowej. Początek sezonu jednakże brutalnie zweryfikował nadzieje niektórych z nich. Valencię i Atletico pogrążają kiepskie formacje defensywne, których błędów światowej klasy zawodnicy ofensywni nie potrafią zrekompensować. Villareal zaspało na starcie i do dzisiaj nie potrafi wystartować. Przegrywa zarówno gdy gra dobrze jak i gdy gra źle. W tym momencie miejsce w LM wydaje się już być szczytem marzeń.

Inaczej jednak ma się sytuacja z Sevillą. Drużyna, którą od początku powinno się typować na najgroźniejszego rywala Realu i Barcelony – to oni w końcu zajęli rok temu trzecie miejsce. Pośród zachwytów nad formą z początku sezonu wielkiej dwójki, umknęło wszystkim, że oprócz otwierającej sezon porażki na Mestalla Sevilla wygrała cztery kolejne mecze z rzędu. A teraz po zwycięstwie nad Realem zrównała się z nim punktami. Po zwycięstwie zdecydowanie zasłużonym, dodajmy.

I nie ma się czemu dziwić. Sevilla ma szeroki, mocny, konsekwentnie budowany skład. Posiada po dwóch zawodników na każdą pozycję zdolnych grać na bardzo wysokim poziomie. Prawa obrona to Sergio Sanchez i Abdoulay Konko, lewa Fernando Navarro i Adriano, francuski środek Squillaci i Escude wspierają Fazio i Dragutinovic. Navas, Perotti i Capel zapewniają ostrą konkurencję na skrzydłach, o pozycję defensywnego pomocnika walczą Zokora z Duscherem, a o tą nieco bardziej ofensywnego – Romaric z Renato. W ataku duopol Fabiano i Kanoute próbuje rozbić Negredo, a dalsze opcje oferują Kone i Chevanton. Każdy z tych zawodników to przynajmniej zawodnik bardzo solidny. Navas, Kanoute i Fabiano to gwiazda klasy światowej. Perotti to materiał na kolejną.

Nie wszystkich w poprzednim sezonie przekonał trener Manolo Jimenez (ze mną włącznie). Bo i faktycznie spoglądając na grę Sevilli można odnieść wrażenie, że może wcale nie tak trudno jest ułożyć dobrą drużynę.

Sevilla gra tak klasycznie jak to tylko możliwe - klasyczne 4-4-2 z parą wielozadaniowych środkowych pomocników, z których jeden jest nastawiony nieco bardziej defensywnie a drugi ofensywnie. Skrzydłowy grają klasycznie do linii końcowej (choć i do środka schodzą często wypuszczając skrzydłem bocznych obrońców) dośrodkowując na rosłych napastników. To jednak nie znaczy, że gra Sevilli jest prosta. Porządną iskrę kreatywności zapewniają Renato oraz skrzydłowi, Kanoute z kolei wprowadza w błąd swoją fizjonomią, bo zamiast ograniczyć się do zgrywania i zagrywania piłek głową, jak przystało na napastnika jego postury, potrafi świetnie kreować akcje, dośrodkowywać czy odgrywać. Wszystko jest wsparte świetnie wyuczonymi schematami, które pozwalają akcje rozgrywać na pamięć. Warto również odnotować świetne lato transferowe. Sevilla w końcu nie straciła żadnego ważnego zawodnika a wzmocniła się w każdej formacji – utalentowanym młodym prawym obrońcą Segio Sanchezem, znakomitym Zokorą oraz jednym z najlepszych hiszpańskich napastników młodego pokolenia Negredo. W efekcie Sevilla gra atrakcyjnie, skutecznie i solidnie w obronie (oprócz meczu otwarcia straciła jeszcze tylko dwie bramki, w tym tą strzeloną przez Pepe).

Paradoksalnie słabość Atletico, Villareal i do pewnego stopnia Valencii może sprawić, że jedyna z nich od początku prezentująca wysoki poziom poważnie zagrozi Realowi i Barcelonie. Czy na tyle by na serio zawalczyć o mistrzostwo? Wątpię, ale mimo wszystko Sevilla powinna zagwarantować świadomość Barcy i Realu, że w razie potknięcia za ich plecami czeka silna ekipa gotowa wykorzystać każdą oznakę słabości. Z korzyścią dla wszystkich fanów hiszpańskiej piłki.

 

 

czwartek, 17 września 2009
Kto wygrał tym remisem…?

Hitem pierwszej kolejki LM miał być mecz Barcelony z Interem. Dwóch faworytów tej edycji, dwóch krajowych mistrzów reprezentujących dwie z trzech najmocniejszych lig, podteksty związane z wymianą Ibra-Eto... Jak to już nieraz w fazie grupowej bywało – rzekome hity kolejki okazują się nudnymi spektaklami, w których obie strony wiedząc, że awansują z grupy na wszelki wypadek starają się przesadnie nie starać. Byle uniknąć kompromitacji, byle uniknąć kontuzji. Tym razem nie było inaczej. Ale od początku.

Miałem swoje obawy co do tego meczu. Terminarz meczy Barcelona ma niefartowny. Na dzień dobry najtrudniejszy mecz z Interem na Giuseppe Meazza. Porażkę w takim meczu można kalkulować, ale jednak porażka na początku rozgrywek zrodziłaby dużą presję, zaszkodziła pewności siebie i postawiła Barcę w nieciekawej sytuacji. Dodatkowo nieprzyjemne wyjazdy na wschód przypadły na rundę rewanżową. Listopad w Kazaniu i grudzień w Kijowie mogą narobić zamieszania.

A nie będą to mecze bez znaczenia. Niby wiadomo, kto wyjdzie z grupy, ale pierwsze miejsce w grupie to zawsze spory atut. To jednak duża szansa na wylosowanie słabszego rywala w 1/8 i spokojny awans do 1/4. A 1/4 to już dla każdego dużego klubu minimum przyzwoitości. Odpaść w 1/8 to z kolei dla Interu i Barcelony jednak byłoby dużą porażką.

Moje obawy co do tego meczu okazały się jednakże niesłuszne. Całkowicie zdominować tak mocną fizycznie drużynę jak Inter na jej własnym stadionie to nie lada wyczyn. Ciekaw jestem ile słów w pomeczowych relacjach zostanie poświęconych fantastycznemu pressingowi Barcelony. Inter miał problem z wymianą dwóch-trzech składnych piłek, kompletnie nie radził sobie z rozegraniem pod presją. Można by za to winić wolniejsze tempo Serie A, ale rok temu Chelsea i MU też miały z tym duży problem. Muntari czy Motta czasem oddawali piłkę w naprawdę żenującym stylu. Kapitalną robotę odwalił Yaya. Więcej niż solidnie spisała się obrona, kto ogląda Serie A ten wie, jak kapitalną robotę na lewym skrzydle musieli wykonać Francuzi, żeby Maicon zagrał tak przeciętny mecz. A zneutralizowanie Maicona to najwyraźniej klucz do zneutralizowania Interu

W efekcie Inter pozbawiony został zębów i para napastników typowana na jedną z najlepszych w klubowej piłce nie zdołała poważnie zagrozić bramce Valdesa.

Dużo gorzej było z ofensywną grą Barcelony. Inter wykorzystał stary patent – zostawić luz po bokach, zagęścić środek, powielać krycie, nie zostawiać miejsca na rozegranie krótkich piłek. Tak zneutralizowało Barcelonę dwa lata temu MU a rok temu Chelsea. W tym roku miało być inaczej. Ibrahimovic miał zapewniać plan B w takich przypadkach. Dośrodkowania Alves i Maxwella kierowane na Ibrę miały stanowić wystarczające zagrożenie, by ściągać obrońców na boki i rozrzedzać środek pola. A gdyby po bokach jednak zostawiano luz – Ibrahimovic, KeitaYaya i ofensywnie wchodzący Pique mieli stwarzać zagrożenie z dokładnych dośrodkowań.

Nic z tego wczoraj nie wyszło. Tradycyjnie Barcelona i tak doszła do paru dobrych sytuacji (tak jak i to miało miejsce z MU dwa lata temu i z Chelsea rok temu) ale trzeba oddać sprawiedliwość Interowi, że obrona zagrała kapitalnie. Samuel i Chivu dali popis gry w defensywie. Plan B nie zadziałał.

Słowem obie drużyny powinny być zadowolone ze formy swoich formacji defensywnych, a zaniepokojone grą w ofensywie. Barcelona – trochę, bo trochę więcej zgrania z Ibrą, trochę więcej szczęścia i bramki by padły, Inter – w dużo większym stopniu. Rozegranie Interu w środku pola nie radzi sobie zupełnie z twardym pressingiem, a taki Interowi jest jeszcze w stanie w Europie zgotować parę drużyn. Natomiast gra na skrzydłach spoczywa na barkach jednego tylko Maicona – i jakkolwiek by był wybitnym zawodnikiem, to i jego można jak widać wyłączyć.

wtorek, 15 września 2009
These are the Champions

Dzisiaj rusza nowa edycja Ligi Mistrzów. Czego się możemy po niej spodziewać?

Przede wszystkim – przerwania bezprecedensowej dominacji Anglików. Co prawda słusznie zauważono, że w czterech ostatnich finałach angielska drużyna schodziła pokonana a przez ten okres dwa razy wygrywał klub hiszpańskich i tylko po razie – angielski i włoski. Ale już wprowadzanie trzy razy z rzędu trzech drużyn do półfinałów robi ogromne wrażenie. Co zmienia się w tym roku?

Na pewno nie skład angielskiej reprezentacji. Ale co do każdego z angielskich zespołów można mieć „ale”

Arsenal – stracił Adebayora, stracił Toure. Ok, Toure zastąpił Vermaelen. Ok, paru zawodników jest o rok bogatszych doświadczenie. Ale ciągle brakuje klasowego defensywnego pomocnika (być może Song kiedyś takim będzie – na razie jednak jeszcze trochę mu brakuje). Reszta składu prezentuje się nieźle, ale dobry defensywny pomocnik to gracz fundamentalny. Plusy to  na pewno bogata w opcje ofensywa – Arszawin, Walcott, van Persie, Eduardo, Bendtner. Świetne boki obrony – Sagna i Clichy. Solidny jej środek – Gallas z Vermaelenem. I chyba najciekawszy departament kreatywnych pomocników w LM – Rosicky, Nasri, Fabregas. Na minus nie budzący zaufania w tym sezonie Almunia. Arsenal może być czarnym koniem rozgrywek, ale o ile poradzi sobie ze swoim genem autodestrukcji.

Chelsea – bez znaczących wzmocnień (z wyjątkiem Żyrkowa), skład jest coraz starszy ale klasy mu nie brakuje. No i trener, który jak mało który wie, jak się wygrywa Ligę Mistrzów. Na pewno faworyci, ale ile w nich wiary po porażce w rzutach karnych z MU dwa lata temu i bramce w ostatnich sekundach z Barceloną rok temu, że jednak mogą wygrać w końcu LM? Czy nie będzie im przeszkadzać poczucie, że Lampard, Carvalho, Deco, Ballack, Drogba czy Anelka są już na etapie kariery, kiedy forma piłkarza jest już na krzywej opadającej? Ban na transfery musi wzmagać poczucie, że albo teraz albo już nigdy – czy to zmotywuje graczy Chelsea, czy też może przygniecie ich presja?

Mimo wszystko faworyci, ale z zastrzeżeniami.

MU ciężko uznać za silniejsze niż przed rokiem. Valencia to świetny piłkarz, ale nie klasa Ronaldo, tak jak i Owen nie daje choćby części tego, co drużynie dawał Tevez. Giggs czy Scholes na razie prezentują się dobrze, ale taka sytuacja nie musi się utrzymywać do końca sezonu. Ich wiek już kwalifikuje ich powoli do piłkarskiej emerytury. A bez tych dwóch zawodników kadra zacznie wyglądać naprawdę ubogo. Poprawi trochę sytuację powrót Hargreavesa – o ile ten jeszcze wróci na boisko. Na plus forma Rooneya, który wydaje się rozkwitać po odejściu Ronaldo. Na plus ciągle świetna obrona. Na minus niepewna sytuacja z bramkarzem i jednak znaczące ubytki w składzie. To chyba nie będzie ich rok.

Liverpool – przybił ich kiepski początek sezonu. Znaczące poprawienie sytuacji na prawej obronie (Johnson) nie rekompensuje odejścia Xabiego. Demony zeszłego roku – zależność od Torresa i Gerrarda nie zostały w najmniejszym stopniu przepędzone. Zawsze jest oczywiście Rafa factor – LM to jego specjalność, ale również nie spodziewałbym się szaleństw z ich strony w tym roku.

Nie spały natomiast inne europejskie potęgi, których kiepska forma otwarła drogę do dominacji klubów angielskich w LM.

We Włoszech Inter przeszedł reorganizację by w końcu coś zwojować w LM. Ibrahimovic nie wytrzymywał presji w kluczowych momentach, gdy cała nadzieja spoczywała na nim. Więc zamieniono go na kogoś, kto z presją nie ma problemu – Eto zdobywał kluczowe pierwsze bramki w obu finałach LM w których wystąpił. Do tego niedoceniany Milito, świetny Motta, dodający ciekawe opcje w ofensywie Lucio, trochę zapomniany i niedoceniany przez okres gry w Realu ale też przecież znakomity Sneijder. Jedyne co może martwić to trochę jednowymiarowa gra. Całkowity brak skrzydeł, gdzie gra będzie się opierać wyłącznie na bocznych obrońcach (ok, mając Maicona to wcale nie musi być minus). No ale na ławce przecież Jose Mourinho. I jedna z najmocniejszych defensyw – świetny bramkarz, szereg świetnych środkowych obrońców, świetni obrońcy boczni i znakomici defensywni pomocnicy. W Lidze Mistrzów to w końcu może być ich rok.

O ile w LM Inter może zagrać lepiej niż przed rokiem, o tyle może mieć problemy na swoim podwórku. Znakomicie dozbroiło się Juve. Niegorsza defensywa  - wybitny bramkarz, wybitni obrońcy (z wyjątkiem braku wybijającego się prawego obrońcy), świetni defensywni pomocnicy. Rozkwitające talenty Giovinco i Diego. Bogactwo opcji w pomocy, pierwiastek doświadczenia w postaci Del Piero, Camoranesiego i Trezequeta. Skuteczni i w formie Amauri i Iaquinta. Ambitny, młody, charyzmatyczny i pełen wigoru trener. Czy są w stanie wykonać od razu skok na miarę walki o tytuł? Niewykluczone.

Bronić tytułu będzie Barcelona. Ale krótka ławka, krótki sezon za to przepełniony terminarz może oznaczać, że zeszłorocznego sukcesu nie uda się powtórzyć. W zeszłym roku Barcelona miała szczęście z kontuzjami. W tym roku też będzie musiała na to liczyć. Tym nie mniej siła pierwszej jedenastki jest taka, że Barcelona musi uchodzić za głównego faworyta. Pytanie tylko ile meczy będzie w stanie zagrać pierwszą jedenastką w pełni sił.

W przeciwieństwie jednak do ostatnich lat Hiszpania wystawia też innego faworyta do LM. Sam skład Realu przekonał bukmacherów by ich szansę oceniać bardzo wysoko. Chyba na wyrost, bo nikt na razie nie wie, jak ten Real będzie sobie radził z mocnymi drużynami. Pytań jest ciągle więcej niż odpowiedzi. Nowy trener i nowe ¾ składu to jednak eksperyment, co do którego wyników nie można być pewnym. Tym nie mniej sam potencjał zawodników każe w Realu również upatrywać faworyta.

Wskazałbym jeszcze dwóch kandydatów spoza Włoch, Hiszpanii i Anglii. Może nie do walki o tytuł, ale przynajmniej do zamieszania w czołówce.

Zdecydowaną przebudowę ma za sobą Lyon. Pożegnał się z Juninho i Benzemą, ale w zamian pojawili się świetny Bastos, Lisandro Lopez, Gomis i Cissokho. Niezwykle mocny, zrównoważony i głęboki skład – mogą znowu namieszać w tym roku, jak już parokrotnie im się udawało.

Bayern wygląda w tym sezonie mocno. Po burzliwym początku sezonu w Bundeslidze wraca do gry. Wątpliwości są co do jakości defensywy, ale van Gaal powinien móc coś z tym zrobić. A ofensywa w postaci Gomeza, Klose, Toniego, bodaj najlepsze na świecie skrzydła w postaci Robbena i Ribery’ego, a w rezerwie przecież jest jeszcze Schweinsteiger, dają gwarancję wielu goli. Wątpliwości co do obrony pogłębiają jednak wątpliwości co do bramkarza. Mimo wszystko mogą w tym roku przypomnieć, że europejska piłka to nie tylko Anglia, Włochy i Hiszpania.

Uwagę jeszcze można zwrócić na hiszpańską Sevillę, która zebrała już spore europejskie doświadczenie, wzmocniła zdecydowanie skład i będzie chciał potwierdzić swoją pozycję wśród europejskiej elity.

Nie stawiałbym natomiast na to, że coś pokażą w tym sezonie Milan, Fiorentina, Atletico czy pozostałe drużyny francuskie, niemieckie czy portugalskie.

Mój ślepy strzał na finał – Chelsea-Inter i zwycięstwo Interu.

niedziela, 13 września 2009
A gdyby tak La Liga wygrała Valencia…?

Pytanie jest oczywiście prowokujące. Przewidywania na podstawie dwóch pierwszych kolejek wyników całego sezonu to wróżenie z fusów. Można dobrze grać i do 34 kolejki a wszystko zaprzepaścić w 4 ostatnich. Tym nie mniej gdybania nikt nie zabroni, a więc: a gdyby tak…

Real, owszem, zaliczył dwa zwycięstwa na dzień dobry. To wczorajsze powinno nawet uchodzić za zdecydowane – jak każde 3:0 na wyjeździe. A Espanyol to jednak drużyna ze znaczącym potencjałem. Niemniej zarówno w meczu z Deportivo jak i Espanyolem Real dawał sobie odebrać inicjatywę na długie momenty. Drużyna ciągle nie wygląda na zorganizowaną, role niektórych zawodników nie są sprecyzowane a selekcja wyjściowej jedenastki jest sprawą więcej niż otwartą. Również defensywa ciągle nie wydaje się być mocnym punktem. Pomimo tych mankamentów samym talentem zawodników będzie się dało wygrywać dość meczy by liczyć się w walce o mistrzostwo. Trzeba jednak zadać sobie pytanie kiedy i czy w ogóle uda się te mankamenty wyeliminować. Bo na razie wspomniane mankamenty sprawiają wrażenie przysłowiowej strzelby na ścianie – na razie wszystko jest ok, ale kiedyś ta strzelba będzie musiała wypalić.

Teoretycznie równie dobry start zaliczyła Barcelona. Ale we wczorajszym meczu z Getafe – również będącym niełatwym wyjazdem, dał o sobie znać inny mankament. Zaufano od pierwszej minuty zmiennikom – Jeffrenowi i Pedro. I o ile ich gra może zła nie była, było to zdecydowanie za mało na dobrze zorganizowane Getafe. Kiedy weszli Iniesta i Messi sprawy przybrały już typowy obrót. Ale co jeśli kiedyś oni będą niedostępni? I liczyć będzie można tylko na Jeffrenów i Pedrów? A przeciwnik będzie mocniejszy niż Getafe… Sezon będzie… krótki (bo MŚ) ale przeładowany. Jak to wytrzymają podatne na kontuzje organizmy Messiego, Iniesty, Ibrahimovica, Henryego czy Marqueza? Na ile uda się utrzymać równie wysoką formę w Lidze, Lidze Mistrzów, Pucharze Króla a po drodze będą przecież takie rozpraszacze jak Klubowe Mistrzostwa Świata czy Puchar Narodów Afryki.

Tak więc zarówno Real i Barcelona mają swoje „ale” więc… czemu nie Valencia? Tutaj „ale” jest jeszcze więcej, brakuje klasowego środkowego obrońcy (szczerze mówiąć to jakość całej obrony budzi głęboką nieufność( klasowego środkowego pomocnika. Nie brakuje natomiast światowej klasy zawodników ofensywnych. Mata, Silva i Villa grali by wyjściowym składzie każdej drużyny świata. Pablo – w większości. A w odwodzie są Vicente, Joaquin czy Zigic. A różnica w stosunku do Barcelony i Realu jest taka, że skład wobec poprzedniego roku niewiele się zmienił i szczególnie gracze ofensywni mogą grać ze sobą na pamięć.

Oczywiście Valencia może łatwo swoją szansę zaprzepaścić. Być może z tej szansy spróbują jeszcze skorzystać Sevilla, Villareal, jeśli się rozkręci czy Atletico, jeśli zmieni trenera. A być może każda z nich, co byłoby dla Valencii najgorszą wiadomością. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że reszta ligi wcale nie musi pokornie grać roli tła dla pojedynku Barcelony i Realu, jaką to rolę zdaje się napisali dla niej dziennikarze jeszcze przed rozpoczęciem sezonu.

sobota, 12 września 2009
Juve zdobywa Rzym

Cóż za start sezonu zalicza Juve. Zwycięstwo u siebie nad Chievo raczej na nikim wrażenia nie zrobiło, ale już następujące po nim wyjazdy na Stadio Olimpico są mocną deklaracją woli walki o scudetto w tym roku.

Ciekawe, że Juve tak przeciętnie wyglądające (jak na swoje standardy) od powrotu do Serie A wymagało zaledwie paru transferów by zacząć przypominać dawne, poteżne Juve. Zorganizowane i mocne w obronie, skuteczne w ataku, ale z dodanym pierwiastkiem brazylijskiego polotu.

Jeśli ten sezon faktycznie przyniesie Juve jakiś tytuł, za punkt zwrotny za pewne będzie się uważać transfer Diego. Ten już po trzech meczach wygląda na lidera drużyny pełną gębą. Gra z pewnością siebie wykraczającą poza jego wiek. Wygląda jakby był w pełni świadom, że gra w Porto i Werderze od początku były tylko etapami przygotowawczymi przed debiutem na największej scenie. I wydaje się być do tego debiutu świetnie przygotowany.

Dzisiaj jednak już Juve zostało wystawione na ciężki test grając z Lazio. Lazio świeżo po zdobyciu superpucharu Włoch i dwóch zwycięstwach na początku sezonu wyglądało na groźnego u siebie przeciwnika. A na dodatek przed końcem pierwszej połowy zszedł z kontuzją Diego. Fantastycznie zastąpił go jednak Giovinco i zdaje się swoim występem sugerować, że w tym Juve nie będzie zawodników nie do zastąpienia. Warto tu dodać czyste konto pod nieobecność będącego w tak wyśmienitej formie Cannavarro.

To co najbardziej im imponuje w aktualnym składzie tej drużyny, to jego głębia. W zeszłym sezonie nawet Manninger wyglądał na godnego zastępcę Buffona.

Jakikolwiek zestaw środkowych obrońców kompletowany z trójki Chiellini, Cannavaro i Legrottaglie jest gotowy rzucić wyzwanie każdemu atakowi świata. Zabezpieczenie to utalentowany Caceres i nieźle się zapowiadający Ariaudo. Na lewej obronie walczyć będą doświadczony i sprawdzony Fabio Grosso z młodym i obiecującym Paolo de Ceglie, a w odwodzie zawsze jest Molinaro.

Na prawą obronę brakuje wybijającej się postaci ale można zawsze liczyć, że w formie będzie czy to Caceres, czy Grygera, czy Zebina, czy Salihamidzic.

Trójka w środku pola będzie dobierana spośród fantastycznego i ciągle będącego na fali wznoszącej Felipe Melo, mającego za sobą już świetne występy w barwach Juve i ciągle młodego Momo Sissoko, doświadczonego i grającego coraz lepiej Tiago, niedocenianego (choć być może nie pasującego stylem do Juve) Poulsena, mającego zadatki na wielką gwiazdę Marchisio oraz grającej legendy i ciągle świetnego Camoranesi.

Ofensywny pomocnik to albo wspomniany już Diego, powoli zgłaszający pretensje do tytułu jednego z najlepszych na tej pozycji, oraz fantastycznie utalentowany Giovinco. Zawsze też można tu liczyć na Del Piero.

Z kolei dwójka napastników jest dobierana spośród Trezequeta, Amauriego, Iaquinty oraz Del Piero.

Jeżeli pierwsza jedenastka to Buffon-Grosso-Cannavaro-Chiellini-Grygera-Melo-Marchisio-Tiago-Diego-Iaquinta-Amauri to spójrzmy na drugą: Manninger-De Ceglie-Legrottaglie-Caceres-Salihamidzic-Sissoko-Poulsen-Camoranesi-Giovinco-Trezequet-Del Piero. Która z europejskich drużyn wystawiłaby równie silną drugą jedenastkę?

Warto również wspomnieć idealne zbalansowanie doświadczenia z młodością. Del Piero, Trezequet, Camoranesi i Cannavaro oferują doświadczenie i punkt odniesienia do historii Juve sprzed degradacji i ciągle mają bardzo dużo do zaoferowania. Giovinco, De Ceglie, Marchisio to przyszłość włoskiej piłki. Amauri, Melo, Diego, Iaquinta, Tiago czy Chiellini z kolei są u szczytu sił.

Mocną identyfikację z klubem zapewni liczny klub weterana i wysoki pierwiastek włoski. W ostatnim meczu reprezentacji Włoch, w którym Włosi w końcu zagrali na miarę oczekiwań, w pierwszym składzie wyszło siedmiu zawodników Juve.

Zapewne znaki zapytania będą się pojawiać odnośnie Ciro Ferrary. Na razie jednak nie można mu nic zarzucić. Jego system gry idealnie wykorzystuje potencjał jego kadry, świetnie odnaleźli się w nim nowi zawodnicy – przede wszystkim Diego. Cieszy się sympatią i szacunkiem składu. A szefostwu Juve polecał go sam Lippi. W kryzysowych sytuacjach jednak, których na pewno nie zabraknie, brak doświadczenia będzie mu boleśnie wytykany. Rok temu Guardiola ostatecznie przekonał do siebie wszystkich dopiero z momentem podniesienia trzeciego trofeum. Ferrara nie będzie miał łatwiej.

Czy on i jego Juve mogą powtórzyć historię Guardioli i jego Barcelony sprzed sezonu? Raczej mało prawdopodobne, potrójne korony to jednak rzadki ewenement. Odzyskanie scudetto jednak w zupełności wystarczy wszystkim fanom Juve. Future looks bright.

piątek, 11 września 2009
O transferach słów kilka

Sztuka przeprowadzania transferów w piłce to kwestia kluczowa decydująca o powodzeniu projektu. Wyważenie potrzeb, budżetu, płac – to wszystko jest zadaniem władz klubu podczas okna transferowego.

Skupmy się na dużych klubach. Jak najefektowniej budować drużynę? Najprostszym rozwiązaniem jest wyciąganie wybijających się piłkarzy ze słabszych klubów. Słabszy (czytaj: biedniejszy) klub łatwiej daje się skusić wysoką, ale w granicach rozsądku ceną a w zamian otrzymuje się piłkarza, co do którego można się spodziewać, że w nowym otoczeniu jeszcze zyska i wedrze się na top. Będzie głodny sukcesu i najczęściej z ogromną wolą pokazania swojej klasy w czołowym klubie.

Taką politykę dotąd często stosowała Barcelona. Alves, Eto, Ronaldinho, Keita, Milito, w pewnym stopniu Deco, to przykłady takich udanych transferów. Nie nazwałbym ich transferowymi hitami, bo każdy z tych zawodników kosztował słono i był gwiazdą już przed przejściem do Barcelony i w niej tylko potwierdził swoją wartość na najwyższym poziomie. Niewypałem w tej kategorii był jedynie Hleb, może van Bommel.

W ostatnich latach miała też Barcelona dwa genialne transfery. Z takim transferem mamy do czynienia, kiedy wyciąga się piłkarza za niewielkie pieniądze z innego klubu, pomimo, że jego klasa i przydatność dla drużyny nie jest dla każdego oczywista. A piłkarz ostatecznie staje się gwiazdą drużyny. Takimi transferami byli Pique i Toure. Nie ma tu jednak Barcelona dużej skuteczności bo w kategorii „niebanalnych” transferów często nie trafia – np. Caceres czy Henrique.  Do tego jak na razie dwukrotnie zdarzyło się Barcelonie wyrwać czołową gwiazdę innego topowego klubu. Pierwszy taki przypadek to Henry, za którego zapłacono rozsądną kwotę, ale w zamian otrzymano sezon średni (ale nie tragiczny jak by mówili niektórzy) i bardzo dobry. Ale co będzie dalej – to się okaże. Drugim takim transferem jest Zlatan.

Całościowo oceniając politykę transferową Barcelony na przestrzeni ostatnich paru lat, a więc za czasów Laporty ale już po odejściu Rossella, należy ocenić jako poprawną. Jak napisałem – z rzadka naprawdę świetne, zaskakujące transfery, ale zazwyczaj jak wydawano dużo pieniędzy to na odpowiednich zawodników. Strzelano raczej bezpiecznie i z rzadka tylko transfery okazywały się niewypałem.

Z tej perspektywy trzeba jednak skrytykować zarząd za tegoroczne okno transferowe. Na dobrą sprawę zastrzeżeń nie budzi tylko transfer Maxwella – świetny zawodnik za małe pieniądze, który dobrze pasuje do drużyny i którego drużyna potrzebowała – tutaj piątka. Ale już transfer Czygryńskiego to na dzień dzisiejszy kiepski ruch. Fortuna wydana na Ibrahimovica uszczupliła mocno pole do manewru na rynku transferowym, a transfer Czygryńskiego już w ogóle temat zamknął. Pytanie czy aż tak konieczny był środkowy obrońca kiedy są Puyol i Pique (cieszący się obaj bardzo dobrym zdrowiem), Marquez, a na środku radzą sobie i Abidal i Toure, plus jest szansa, że do końca roku wróci Milito. Tymczasem nie ma zmiennika dla Alvesa, nie ma alternatywy dla Xaviego i Iniesty ani nie ma oczekiwanej alternatywy dla Henryego na lewe skrzydło, ani dodatkowej alternatywy dla wyjeżdżających na PNA Keity i Toure. Co więcej, Czygryńskiego sprowadzono w ostatni dzień z okna, ledwie parę dni temu po raz pierwszy trenował z resztą drużyny a na dodatek nie może grać w LM. No i jeszcze cena, jak na niesprawdzonego zawodnika cena - kosmiczna. Można powiedzieć, że wszystkie zasady robienie racjonalnych transferów zostały w tym przypadku złamane.

Owszem, jeśli Czygryński okaże się takim talentem jakim zdaje się być, wyłożona na niego kasa się będzie się zwracać z nawiązką przez lata kariery, jakie ma przed sobą.

Ale na dzień dzisiejszy i aktualne potrzeby kluby to nie był dobry transfer.

A jak ocenić transfer Zlatana? Ten transfer należy do rzadkich przypadków sprzedaży przez topowy klub innemu topowemu klubowi czołowej gwiazdy w jej najlepszym momencie kariery. Takie transfery można wyliczyć na palcach – Zidane z Juve do Realu, Henry z Arsenalu do Barcelony, Figo z Barcelony do Realu, Szewczenko z Milanu do Chelsea, Kaka z Milanu do Realu, Ronaldo i Beckham z MU do Realu, no i Eto z Barcelony do Interu. Dlaczego te transfery są takie rzadkie? Bo są nieopłacalne, przynajmniej ze sportowego punktu widzenia. Bo ceny za takich zawodników są absurdalnie wysokie, szczególnie jeśli klub nie ma żadnego interesu w tym, żeby zawodnika sprzedać.

Taki zawodnik najczęściej ma już najlepszy sezon za sobą, może mieć problemy z motywacją i zaakceptowaniem nowej roli w drużynie. A jego jakość nie odpowiada jego cenie. Przykład z tego roku – wielu już teraz mówi, że na dzień dzisiejszy Diego prezentuje lepszą formę niż Kaka. Jest  trzy lata młodszy, głodny sukcesów, z perspektywą rozwoju i osiągnięcia swojego szczytu w najbliższej przyszłości. Kaka natomiast już lepszy nie będzie. A kosztował trzy razy więcej.

Podobnie ma się sytuacja z Ibrahimovicem. Abstrahując od tego czy Eto musiał odejść czy nie, biorąc pod uwagę wydane pieniądze alternatywą dla sprzedania Eto i zakupu Ibry było np. pozostawienie Eto i zakup Forlana, Luisa Fabiano czy Adebayora (może Ateltico za 40 mln e puściłoby Aguero?). Albo sprzedaż Eto i zakup dwójki spośród tych napastników, albo skuszenie Valencii ofertą pow. 50 mln e za Villę…

Ew. zakup jakiegokolwiek innego z tych napastników a przy sprzedaży Eto dokupienie alternatywy na lewy atak. Ibrahimovic to wielki piłkarz i myślę, że się sprawdzi. Ale kwota jaka została wydana jest niewspółmierna do ryzyka jakie transfer ze sobą niesie oraz aktualnych potrzeb drużyny.

I na koniec ostatni transfer również zasługujący na słowa krytyki. Sprowadzanie młodych talentów z Południowej Ameryki zasługuje na aprobatę, Keirrison wydaje się więc dobrym wzmocnieniem. Ryzykownym, ale jednak rokującym nadzieje na przyszłość. Czemu jednak wypożyczono go do Benfici? Jest tam którymś z kolei napastnikiem. Na siłę nikt go tam nie będzie ogrywał, bo i po co – skoro i tak zostaje tylko rok. I ostatecznie mam spore wątpliwości czy w Barcelonie by nie miał więcej okazji do gry. Dla ataku Henry-Ibra-Messi alternatywą jest tylko Iniesta (ale lepiej, żeby grał w pomocy), Bojan i Pedro. Ale cała wyjściowa trójka jest podatna na kontuzje, Messi dodatkowo musi regularnie brać udział w meczach reprezentacji co wiąże się z męczącymi podróżami, a przecież są jeszcze mecze pucharowe, Klubowe Mistrzostwa Świata, łatwiejsze mecze grupowe w LM – słowem mnóstwo okazji, żeby Keirrisona ogrywać. Bano się pewnie, żeby nie zabierali sobie nawzajem z Bojanem szans na grę, ale obawiam się, że Keirrison wróci z Benfici niepograwszy za dużo.

Zaskakująco łatwo natomiast powypożyczano zawodników tj. Caceres i Hleb, a pozbyto się Gudhjonsena. W efekcie wydane zostało blisko 90 mln e (a zakładano budżet transferowy ok. 40 mln e) a kadra jest węższa niż przed rokiem.

Można się zastanowić czy dało się lepiej? Pewnie tak. Być może należało jedna znaleźć porozumienie z Eto, zrezygnować jeszcze w tym roku z Czygryńskiego, zaryzykować odważniejsze ruchy (Guardado z Deportivo nie kosztowałby wiele, choć co prawda jest tak samo prawdopodobne, że okazałby się całkowitą porażką, jak i całkowitym hitem, inny typ – Diego Capel albo Adriano z Sevilli).

Czy to oznacza, że Barcelona nie ma szans na powtórzenie zeszłorocznych sukcesów? Oczywiście - to wyklucza statystyka, drugi z rzędu tryplet przeczy prawom logiki, ale apetyty na kolejne mistrzostwo Hiszpanii i LM są duże. Czy kadra jest wystarczają? Cóż, widoczne są braki w departamencie ofensywnym, gdy na boisku znajdują się jednocześnie Henry, Ibra, Messi, Iniesta i Xavi ofensywnymi opcjami z ławki dla któregokolwiek z nich są Bojan i Pedro. I to ich postawa w tym sezonie będzie kluczowa. Podstawowy skład sam sobie nie poradzi z taką ilością meczów. Jeśli Bojan i Pedro są w stanie startować przeciw słabszym drużynom i błyszczeć, a także dawać zmiany przeciw najlepszym wnoszące coś do ofensywnej gry drużyny – to kadra będzie wystarczająca. Jeśli jednak zawiodą – kadra będzie za wąska i o sukcesy będzie ciężko. Wstępne oznaki są pozytywne, ale czy Bojan i Pedro utrzymają formę – pokaże czas.

poniedziałek, 07 września 2009
Niewesołe myśli polskiego kibica

Niewesołe myśli przychodzą do myśli po meczu z Irlandią Płn., prawda?

Optymiści (wśród kibiców reprezentacji jest ich zaskakująco wielu, zbyt wielu?) rozpisują scenariusze dające nam drugie albo nawet i pierwsze miejsce w grupie. Pesymiści (realiści?) wiedzą jednak, że z taką grą u siebie przeciw Irlandii Płn., na wyjazdach z Czechami i Słowenią szans nie mamy.

Bo czy można powiedzieć, że mecz z Irlandią Płn. nam nie wyszedł? Właśnie najbardziej przerażające jest to, że determinacji i motywacji ciężko naszym piłkarzom odmówić. Lepiej na pewno mógł zagrać Błaszczykowski, ale czy realistycznie patrząc od pozostałych możemy wymagać czegoś więcej?

Nawet ciężko winą obarczyć kontuzje, bo nikt o zdrowym umyśle nie będzie uważał, że Wasilewski mógłby odwrócić losy meczu… Jeleń? Ale w jego wypadku trzeba kalkulować kontuzje, te najprawdopodobniej go już nie opuszczą. Błędy w wyborze zawodników? Jasne, można by to i owo Benhaakerowi zarzucić, ale raczej jeśli chodzi o ławkę – na boisko nikogo specjalnie lepszego puścić się nie dało. Niespecjalnie więc widać sferę w której nasi mogliby nadrobić.

Prawda jest obawiam się prozaiczna. Mamy fatalne pokolenie piłkarskie. W wyjściowej jedenastce rozpoznawalnych europejskich klubów grają Jeleń i Błaszczykowski (kiedy są zdrowi – a więc rzadko), ew. Żewłakow i Wasilewski, no i Boruc. Lewandowski z pierwszego składu Szachtara wypadł już dawno. Nie ma też co szukać ratunku we własnym podwórku – siłę klubów, i grających w nich zawodników, zweryfikowały eliminacje do europejskich pucharów. Młodych talentów, za wyjątkiem Lewandowskiego, nie widać.

Benhaakerowi można wiele zarzucić, ale czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić znacząco lepszą grę reprezentacji pod wodzami Smudy? Owszem, Smuda ma zadatki na selekcjonera, skutecznie motywuje, ma charyzmę. Ale to nie motywacji brakuje naszym piłkarzom.

Brutalna rzeczywistość można nas niestety zmusić do zweryfikowania swojego myślenia o pozycji polskiej piłki w świecie. Kluby dawno już wyrżnęły o dno, reprezentacja ma jeszcze pod sobą trochę przestrzeni do przeeksplorowania. Udział w dwóch mistrzostwach świata i debiut w mistrzostwach Europy stworzył miłą iluzję, że jesteśmy w czołowej 30-tce na świecie, a 20-tce w Europie. Iluzję, jak to z iluzjami bywa, nieprawdziwą. A przynajmniej nieaktualną. Słabe pokolenie nie daje perspektyw na rozwój. Nie nastraja optymizmem skłanianie się PZPNu do powrotu do polskiej myśli szkoleniowej. Po meczu ze Słowenią czeka nas ponad dwu i pół-letni okres bez meczów o stawkę. A wyniki meczów towarzyskich zawsze można bagatelizować. Zjazd w dół w rankingach też wydaje się nieunikniony. A to oznacza z kolei losowanie z niższych koszyków w kolejnych eliminacjach wielkich imprez. Nie trzeba być specjalnym czarnowidzem by wyobrazić sobie, że ME 2012 będą ostatnią dużą imprezą na długi czas dla biało-czerwonych.

Oczywiście wiele się może zmienić, w piłce ciężko jest przewidzieć przyszłość. Na dzień dzisiejszy nie wygląda ona jednak różowo.

środa, 02 września 2009
Każdy lubi ponurkować

Ciekawą decyzję podjęła UEFA w sprawie „nurka” Eduardo, z gościnnym występem naszego Artura. Dwa mecze zawieszenia, to kara za oszukanie sędziego, ale… Mam wątpliwości. Co do tej konkretnej sytuacji, ale i do nurkowania w ogóle.

Prawo „anty-nurkowe” jest dziwnym krokiem ze strony UEFA. Z jednej strony UEFA odmawia korygowania tak oczywistych błędów sędziego jak czerwona kartka dla Fletchera w zeszłorocznym półfinale LM, ale już w przypadku nurkowania gotowa jest błąd sędziego post factum skorygować. Na jakiej podstawie dokonano takiego wartościowania błędów sędziów? Skoro już dopuszczamy możliwość, że sędzia może się pomylić i przyznajemy, że takie pomyłki powinny być po meczu korygowane, czemu tylko nurkowanie (konkretnie przepis mówi o sytuacji, w której piłkarz rozmyślnie wprowadzaniu w błąd sędziego)? Dlaczego nie korygować innych pomyłek? Dziwne też wydaje się, że gdy sędzia nie daje się nabrać – kara żółtą kartą, a jeśli da się nabrać – karą jest dwu-meczowe zawieszenie. A oceniamy to samo zachowanie. Konsekwentnie w takim razie należałoby karać również „nieudane” nurki.

Może też to być punktem wyjścia do szerszej dyskusji o korygowanie decyzji sędziego po meczu. W Hiszpanii anulowanie niesłusznie przyznanych kartek jest w miarę sprawnie funkcjonującym systemem. Samo korygowanie pewnych decyzji sędziego po meczu moim zdaniem jest do przyjęcia, choć to jest niebezpieczna droga – bo możemy anulować żółtą kartkę bramkarzowi, którą zarobił „faulując” nurka, ale bramki strzelonej z karnego już nie anulujemy. Jest to więc brnięcie w ślepą uliczkę, bo raczej nikt sobie nie wyobraża, że weryfikowany będzie wynik, na który przecież błędna decyzja wpłynęła. Dlatego moim zdaniem decyzje sędziów powinny być jednak ostateczne, a co najwyżej powinniśmy się zastanowić nad sposobami wspomagania sędziego np. powtórkami video.

Ale jest jeszcze inny aspekt całej sprawy – nurkowanie to jest element gry, która wcale nie koniecznie zasługuje w każdym przypadku na potępienie. Dlaczego? Bo z rzadka tylko sędzia odgwiżdże faul jeśli jego ofiara nie przewróci się albo w inny sposób nie ucierpi. W taki sposób sankcjonowane jest w rzeczywistości tylko podniesienie wysoko nogi albo wejście nakładką. W większości innych sytuacji dopiero leżący na boisku piłkarz skłania sędziego do ocenienia zajścia i wyciągnięcia konsekwencji. Nurkowanie więc jest w pewnym sensie sygnalizowaniem wystąpienia faulu, który w innej sytuacji pozostałby najprawdopodobniej nieodnotowany.

Czasem też coś, co wygląda na nurka, jest próbą ratowania się przed ostrym zagraniem. Piłkarz rzuca się nad rywalem wchodzącym wślizgiem, powtórki pokazują brak kontaktu, obrońca tłumaczy się, że przecież nawet nie dotknął przeciwnika, a kibice od razu wydają wyrok - „nurek”. No tak, ale gdyby „ofiara” nie zdążyła się wybić i w efekcie dała się sfaulować, konsekwencje mogłyby być tragiczne. Oczywiście, nurek nurkowi nie równy i w sytuacjach ewidentnych wymuszeń należy karać. Ale znowuż, moim zdaniem od razu, w trakcie meczu, a oszustów będzie osądzać analiza powtórek video.

Skoro w tak tradycyjnym sporcie jak tenis wprowadzono komputerowy system sprawdzania, czy piłka wylądowała w korcie, dlaczego nie można by z tych wzorców skorzystać w piłce? Np. kapitan drużyny dysponuje trzema „challengeami” na mecz, które wykorzystuje przy jakiejkolwiek spornej decyzji sędziego. Wtedy przykładowo sędzia techniczny ogląda powtórki przy linii bocznej i wydaje werdykt, którego już główny sędzia nie może zmienić. Technicznie sprawa jest banalnie prosta do przeprowadzenia i jestem pewien, że cała operacja nie zajęła by dłużej niż minuty, góra dwóch. W każdym razie niewiele więcej niż czas, który zabierają dyskusje. A że decyzję podejmowałaby osoba poza boiskiem a nie sędzia główny, a co więcej – ten nie mógł by nawet jej zmienić, to powinno to ukrócić wszelkie dyskusje w trakcie meczu. Jedyny problem jest taki, że metoda jest do zastosowania jedynie w wyselekcjonowanych rozgrywkach nagrywanych wystarczającą liczbą kamer. UEFA i FIFA bronią się przed pomysłem właśnie dlatego, żeby zasady nie były różne dla różnych rozgrywek, nawet tych amatorskich czy z niższych poziomów. Ale czy warto za taką cenę próbować utrzymywać mit egalitaryzmu piłki?

 
1 , 2